Kiedy Madonna – ikona buntu, prowokacji i kwestionowania wszelkich autorytetów – zwraca się do nowego papieża Leona XIV z okazji urodzin swojego syna Rocco, prosząc o modlitwę za pokój, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z czymś więcej niż zwykłą rodzicielską troską. To raczej symptom zjawiska, które coraz wyraźniej charakteryzuje współczesne Hollywood: sztuki selektywnego sumienia.
Przez ostatnie miesiące, gdy media na całym świecie – w tym w ukochanej amerykańskiej ojczyźnie Królowej Popu – codziennie relacjonowały tragedię rozgrywającą się w Gazie, cisza ze strony wielu hollywoodzkich gwiazd była… ogłuszająca. Madonna, która przez dekady pozycjonowała się jako głos uciśnionych, rzeczniczka praw człowieka i bezlitosna krytyczka wszelkich form przemocy, nagle odkryła w sobie pokój z władzami duchownymi.
Ciekawy zbieg okoliczności, prawda?
Hollywood od dawna cierpi na syndrom „aktywizmu à la carte” – gwiazdy wybierają sprawy bezpieczne, popularne, takie, które nie zagrażają ich kontraktom, związkom z producentami czy przyszłym rolom. Walka z globalnym ociepleniem? Jak najbardziej. Prawa kobiet? Oczywiście. Krytyka wojny w… no właśnie, w którym kraju?
Madonna, która kiedyś nie bała się prowokować papieży swoimi teledyskami, dzisiaj pisze do Leona XIV z życzeniami pokoju. Ta sama artystka, która w Papa Don’t Preach kwestionowała autorytet Kościoła, teraz szuka u niego duchowego wsparcia. Ewolucja czy kalkulacja?
Prawda jest taka, że w branży, gdzie decyzje podejmuje wąska grupa wpływowych producentów, dystrybutorów i finansistów, niektóre tematy po prostu są… niewygodne. Nie chodzi tu o teorie spiskowe, ale o prozaiczną rzeczywistość biznesową. Kiedy twoja kariera zależy od zielonego światła od konkretnych ludzi, nagle okazuje się, że sumienie ma swoje granice rynkowe.
I tak oto mamy aktywizm bezpieczny: można krytykować Trumpa, walczyć o prawa LGBT+, manifestować przeciwko przemocy wobec kobiet. Ale niektóre konflikty, tragedie i ludobójstwa są jakby trudniejsze do potępienia niż inne.
Zwrócenie się do papieża w sprawie pokoju to genialny PR-owy manewr. Kto bowiem może krytykować modlitwę? To moralny ekwiwalent „thoughts and prayers” – daje złudzenie zaangażowania bez rzeczywistego ryzyka.
Leon XIV, świeżo wybrany na tron Piotrowy, sam staje przed trudnymi wyborami. Czy będzie kontynuował politykę swojego poprzednika, starając się być głosem sumienia świata? Czy również będzie podlegał presji „wygodnych” interpretacji chrześcijańskiej miłości bliźniego?
Najbardziej uderzające jest to, jak łatwo Hollywood mobilizuje się przeciwko niektórym niesprawiedliwościom, a jak trudno przychodzi mu zajęcie stanowiska w innych sprawach. Pamiętamy #MeToo, Black Lives Matter, solidarność z Ukrainą. Ale Gaza? Palestyna? Tu nagle okazuje się, że „to skomplikowane”.
Madonna, prosząc papieża o modlitwę za pokój, nie musiała wymienić żadnej strony konfliktu, nikogo oskarżać, ryzykować utraty kontraktów. Bezpieczna pobożność w wydaniu pop-ikony, która kiedyś szokowała świat płonącymi krzyżami na scenie.
Może nadszedł czas, by Hollywood uczciwie przyznało: tak, nasz aktywizm ma swoje granice. Tak, niektóre sprawy są dla nas zbyt kontrowersyjne. Tak, nasze sumienie kończy się tam, gdzie zaczynają się biznesowe kalkulacje.
Ale czy w takim przypadku nie powinniśmy przestać udawać, że słuchamy moralnych pouczeń od ludzi, którzy swoje moralne kompasy kalibrują według box office’u i opinii focus groups?
Madonna modli się z papieżem o pokój. Szkoda tylko, że jej modlitwy były tak wybiórczo nieme, gdy pokój był najbardziej potrzebny.
Ewa Milewska
Dyrektor Biura Prasowego
Agata Ogrocka
Członek Rady Fundacji PDM




